wtorek, 21 grudnia 2010
Awaryjne lądowanie
Zebrałem całkiem sporo materiału do recenzji, ale nie miałem do tej pory pomysłu w jakim sosie go zanurzyć, tak by smakował jak najlepiej. Wczoraj pojawił się pomysł, a jak wiadomo, z pomysłem dobrze się przespać- skoro jednak z rana nadal siedział mi na ramieniu i natrętnie szeptał do ucha, uznałem, że jest pomysłem na sos wybornym.
Do rzeczy. O czym w dzisiejszym wydaniu Niecodziennika? Koncert, grupa muzyków i Zaraz Wracam Tu, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Zaraz Wracam Tu, NiPU, Kazimierz Dobrowolski, Paweł Michalec & Friedns oraz The Redskiss! Zapraszam do recenzji.
niedziela, 28 listopada 2010
Awaryjnie bez dymów. Recenzja koncertu NiPU, Klub Awaria 27 XI 2010r.
Z wczorajszej puli wydarzeń, obraliśmy za cel klub Awaria, mieszczący się na rogu ulic Mikołajskiej i św. Krzyża. Przyczajony w piwnicy lokal, nie od wczoraj zapewnia bywalcom hektolitry trunków i godziny muzyki na żywo. Można śmiało powiedzieć, że Awaria znajduje się w ścisłej czołówce klubów muzycznych Krakowa.
Coś jednak się zmieniło. Z dniem 15 listopada wprowadzono restrykcje, które uderzyły także i w to miejsce. Z lokalu zniknął dym i palacze. Jedni z zadowoleniem przyjęli nowe przepisy, inni pojedynczo i grupkami wystawali na zewnątrz, marznąc i zacierając ręce w kłębach dymu.
Nie wybraliśmy się jednak do Awarii po to by ocenić czy w niej pachnie czy nie, wybraliśmy się na koncert zespołu NiPU, na którego recenzję zapraszam!
sobota, 27 listopada 2010
Horror w tęczowej oprawie - NRM
Witajcie,
Jak już pewnie zauważyliście, na stronie pojawił się kalendarz z nadchodzącymi wydarzeniami, które nawiedzą miasto Kraków. Kalendarz, wypełniam po brzegi nadchodzącymi koncertami, wystawami czy wykładami- słowem, wszystkim co związane z szeroko pojętą kulturą. Kalendarz byłby niczym, gdybym nie trzymał się go, i za jego sprawą nie czynił recenzji nowych. Nie inaczej jest z jego premierą.
Z szerokiego grona dzisiejszych koncertów, wybraliśmy jeden, który z tych i innych powodów wydał nam się ciekawy. Koncert, czy raczej projekt, miał miejsce w Dębnickim Centrum Kultury- Tęcza, małym zacisznym i klimatycznym kino-teatrze, który przycupnął tuż obok Mostu Zwierzynieckiego. Skrótem- recenzja poniższa, dotyczy wizualizacji, i muzyki, kinematografii, Południcy, Żmija, Ducha i Wnętrz, nie koniecznie w tej właśnie kolejności. Do recenzji serdecznie zapraszam.
poniedziałek, 8 listopada 2010
iNfostop
Zmiany powodowane przez postęp są codziennością, choć w tym przypadku właściwszym określeniem byłoby-niecodziennością. Zmiany dopadły także NRM, po części zmieniając jego formułę i treści w nim publikowane.
Po miesięcznej przerwie, wracamy do oceniania Krakowskich murów- nowy garnitur zębów i nowe podejście do tematyki na pewno nam w tym pomogą.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Tańczyć w jaskini przyszłości na wysokościach Krakowa
Nowe spostrzeżenia plus nowy materiał. Mieszanka owocuje radosnym gajem pełnym owoców- słodkich i soczystych.
- O'rly?
- Taa:)
W ubiegły piątek Kraków jakby przygasł. Nie było koncertu w Awarii ni w innych nawiedzanych przeze mnie miejscach. Na rynku grała Katalońska muzyka, ale miasto, pogrążone w wieczornych pomrukach odległej burzy zdawało się zasypiać. Pomyślałem trudno, nie będzie dziś muzyki na żywo, ale oto przed oczami pojawił się news, o koncercie nie dość że intrygującym, to jeszcze odbywającym się w miejscu którego nie znałem. Można spróbować- z tą myślą udałem się w kierunku skrzyżowania ulic św. Tomasza i Jana. Szukałem chwilę klubu, ale nie znalazłem. Mocno tym faktem podłamany już miałem odpuścić, ale oto podbiegł do mnie chłopak z parasolem, i zapytał czy nie mam ochoty posłuchać fajnego koncertu w klubie obok.
- World Trans System?
- No tak właśnie nazywa się kapela, która gra dziś.
- Wybawicielu! Daj dwie wejściówki i pokaż gdzie znajdę tę niecną knajpę której szukam od 15 minut!
Znalazłem. 5 metrów ode mnie. Co śmieszniejsze nie zauważyłem głównej postaci WTS, stojącego w drzwiach do klubu INTRO Simeon'a Lenoir.
Ślepyś...

Niemniej, po odnalezieniu Niezależnej, szybko udaliśmy się na miejsce by posłuchać koncertu, na który już niemało się nakręciłem.
Słów kilka o miejscu zwanym INTRO.
Klub Intro, znajduje się w tzw. "Zaułku niewiernego Tomasza" czyli we wnęce jaka znajduje się po prawej stronie skrzyżowania ul. Jana i św. Tomasza, idąc od rynku. Obok, znajdziecie knajpki takie jak Dym, Pod Dorożką czy Camelot. Laaaaansem powiewa, wiadomo bowiem, że w żniwa pod Dymem gromadzą się tłumy, po to tylko by być widzianymi. Co ciekawe w klubie Intro, nie panuje ścisk, ani nachalna atmosfera, towarzysząca sąsiadom. Jest spokojnie, delikatnie i intrygująco. Ściany w kolorze brudno- szarym pokryte są kolumnami cyfr, przypominającymi te jakie znamy z kultowego już filmu Matrix. Ale to nie wszystko. Wysokie wnętrze zostało zaaranżowane by, przynajmniej w moim mniemaniu przypominać jaskinię. Nie bójcie się, ściany nie zostały sztucznie dostrojone kamieniami czy mchem. Chodzi o wysokość, która gdzieś tam gubi się w cieniach, oraz lampy, które mnie skojarzyły się z stalaktytami, nisko zwisającymi w grupach nad stolikami.Kinkiety utrzymane w podobnym designie podświetlono dodatkowo pomarańczowym kolorem co sprawia wrażenie że to nie kawałki zagiętej rury ale obrośnięte fluorescencyjnymi porostami wytwory skalne. Taki to nowoczesny a zarazem intrygujący wygląd ma wnętrze klubu. Dodatkowo zastosowano podział na trzy sale. Pierwsze dwie są rozdzielone jedynie poprzez ustawienie stolików i wysokich na metr przegród wyrastających z podłogi. Optycznie mamy dwie sale w rzeczywistości jedną. Znajdziecie tutaj bar i mini scenę. Po za nimi mieści się wąski korytarz, w który udało się wkomponować dodatkowe stoliki i wygodne siedziska. Całość wywiera wrażenie niby jaskini, zlokalizowanej wśród nowoczesnej techniki. Siedziska, czy raczek pseudo sofy to bardzo ważny punkt programu. Jak wiadomo, to one właśnie a nie krzesła, są najwspanialszym elementem w klubach, lecz z nieznanych przyczyn właściciele nieczęsto decydują się na ich użycie. Szczerze powiedziawszy, w okolicach rynku, można policzyć na palcach wszystkie kluby posiadające te meble na swoim wyposażeniu, a im dalej od rynku tym gorzej. Podsumowując, jeśli chcecie wybrać się do ciekawego klubu niedaleko rynku, porozmawiać czy napić się piwa możecie spokojnie iść do Intro, dodatkowo zbierzecie klika gwiazdek lansu, mając świadomość przebywania w tak bliskiej okolicy Dymu... :P

Lanssssssss ;)
Ale, ale. Wróćmy do koncertu. Troszkę się przeciągało, przeciągało, ale wreszcie w niepełnym co prawda składzie World Trans System wyszedł na scenę (w osobie wspomnianego wcześniej Simeon'a Lenoir). Muzyka, jaką zaprezentował przesycona jest rytmem, który hipnotyzuje i wciąga. Monotonnie wybijany na bębnie rytm, plus brzmienie gitary, skutecznie odcinają od świata, który gdzieś tam spoza okien spogląda na nas oczami przechodniów i turystów. Nie będe rozpisywał się o samym artyści, miast tego obejrzyjcie sobie sami bardzo fajny filmik o nim i jego projekcie.
Opiszę moje wrażenia. Muzyka, której dane mi było słuchać, jest dla Krakowskich scen egzotyczną. Ot pojawia się czasami w wykonaniu Que Pasa, ale nie widać jej na mapie nocnego Krakowa zbyt często. Dlatego koncert był dla mnie nie tylko sposobem na spędzenie czasu w piątkowy wieczór, ale i możliwością prawdziwego zrelaksowania się w przyjemnym otoczeniu.
Całokształt naruszał nieco taniec dwóch tancerek, który nie pozwalał do końca skupić się na samym artyście i jego muzyce. Choć z drugiej strony taniec hipnotyzował dodatkowo :) Koniec końców, mogło się podobać, ale też mogło wymieść całą publiczność, której takie zmiany w jadłospisie nie pasują do ich menu. Mnie rozbawiło, i przyniosło skojarzenie z dyskotekami ameryki południowej, które działają w taki właśnie sposób, że artysta z gitarą gra na scenie, wokół niego kłębią się gibkie dziewczęta a pod nimi tańczy zgraja okolicznych ludzi mających ochotę w taki właśnie sposób się rozerwać. Oczywiście może też kojarzyć się to z legendarną telenowelą "Zbuntowany anioł" (słusznie).

Poniżej kilka klipów WTS, dla chętnych oraz adres MySpace projektu dla chętnych do zobaczenia go na żywo. Tak, tak! Wystąpią jeszcze w Krakowie, a najbliższy koncert w Hostelu Giraffe 10 sierpnia, potem 11 znów pojawią się w Intro, więc macie możliwość sprawdzenia nie tylko jak gra WTS, ale i zobaczenia klubu.

Sprawa druga, Szkieletor....
Tamta da da!
Oto zapowiedziano, że zakończył się wstępny proces projektowania a zarazem uzyskiwania (błagania) konserwatora zabytków, o zezwolenie na prace. Co prawda nie ma jeszcze zezwolenia na budowę, ale zdesperowani urzędnicy miejscy zrobią już chyba wszystko by pozbyć się elementu nieukończonego wieżowca, szpecącego miasto. Co ciekawe, jak zwykle udaje się to dopiero przed wyborami, ale o tym, że w Polsce nie ma niczego bezinteresownie, wie już chyba każdy :)
Niemniej projekt przebudowy, remontu, dokończenia- zwał jak zwał, budynku NOT, wygląda nie tylko przyjemnie dla oka, ale i bardzo profesjonalnie. Nie mamy już złotych kopuł, ani klockowatych betonowych budynków, a pojawia się przed nami eleganckie i przejrzyste w zabudowie centrum biznesu i usług, zajmujące całą powierzchnię znienawidzonej przez estetyków zabudowy miejskiej, działki przy rondzie mogilskim. Miejmy nadzieję, że projekt uda się szybko rozpocząć, i obok kampusu UEK, które zresztą też w rozbudowie, stanie budynek o elegancji jaką przedstawiają koncepcje przygotowane przez grafików. Co prawda już są tacy, którzy przypinają mu metkę staroświeckiego czy przestarzałego, ale szczerze powiedziawszy, wydaje mi się on pasować do klimatu i konserwatyzmu miasta. Poniżej kilka grafik przedstawiających nowe świecidełko miasta.



wtorek, 20 kwietnia 2010
Spóźnienie na pociąg niesie ze sobą poważne konsekwencje!
Z powodów oczywistych, wstrzymałem się od publikowania jakichkolwiek recenzji w ubiegłym tygodniu. Materiału na nowe nagromadziło się za to co nie miara.
Bez zbędnych ogródek, zacznę więc od recenzji pierwszej.
Uda czy Powieki? Kuszą tak samo...
W piątek 9 kwietnia, w klubie na Krakowskim Kazimierzu odbył się interesujący koncert dwóch grup muzycznych- rodzimej Krakowskiej formacji UDA oraz Warszawskiej grupy POWIEKI.
Koncert reklamowany plakatami obwieszczającymi muzykę z pogranicza szpiegowskiego jazzu i psychodelii przyciągnął nasze skromne grono w progi tegoż klubu. Na moje nieszczęście i co dziwne w stosunku do zwyczajów klubowych- koncert rozpoczął się punktualnie, przez co straciłem sporą część występu grupy UDA. Moje niezadowolenie z tegoż powodu spotęgowała fantastyczna gra zespołu, którego muzykę dane mi było poznać. W ciągu krótkiego występu jakiego byłem świadkiem, rzuciła mi się w oczy przede wszystkim, niesamowita koncentracja perkusisty, który choć wydawał się zasypiać, utrzymywał trio w rytmie, co przy zmianach tegoż, było nie lada wyczynem. Drugą postacią która zrobiła na mnie wrażenie był gitarzysta wykorzystujący swój instrument na wszystkie możliwe sposoby. Także i bas, powodował miłe uczucie, nadając całości ład i ogładę. Ogólne wrażenie? BOMBA!
Zresztą sami posłuchajcie jak brzmi zespół- na przykładzie utworu "Pomórnik" który na mnie osobiście zrobił niebywałe wrażenie.
I jeszcze feministyczna pani pedagog dla wszystkich sfrustrowanych uczniów...
Robi wrażenie prawda? Dla mnie osobiście, formacja wyczynia rzeczy podobne do zespołu Orange The Juice, o którym już zresztą kilka razy mówiłem i pisałem.
Nie wierzycie? Nie pamiętacie? Przypominam więc zespół:
Strona zespołu UDA na portalu myspace: http://www.myspace.com/udauda
POWIEKI, nie zrobiły już na mnie tak dużego wrażenia, i to wcale nie przez to że są z Warszawy:). Ot po prostu ich muzyka, nie przemawiała do mnie... do pewnego momentu, ale o tym później.
Tym co skupiało uwagę był na pewno gitarzysta, który swoimi postawami wprawiłby w zakłopotania nie tylko Avril, ale i pewnie większość młodych artystów muzyki indie rockowej.
Przez sporą część koncertu skupiałem się na perkusiście, który pruł przez fale muzyki zespołu nie zbaczając na wyrastające to tu to tam gitarowe i basowe góry lodowe.
I w końcu wokal. Miejscami podwójny, częściej solowy. Wokal nadał całości kształtu przypominającego wariację na temat spotkania CKOD z Myslovitz. Ciekawa mieszanka, która w mojej głowie zaowocowała kilkoma obrazami i paroma muzycznymi uśmiechami.
Muzyka zespołu, przepełniona efektami, była momentami zbyt przytłaczająca, by być zjadliwą, a teksty nie zawsze trafiały do mojego serca. Wyjątkiem, który zmienił w koncercie wszystko był dla mnie utwór "Zapalniczki".
"Zapalniczki" sprawiły, że zachciało mi się słuchać, nie tylko gry ale i tekstu. Niestety nie udało mi się znaleźć odpowiedniego video na youtube, dlatego odsyłam was do strony na portalu myspace.
Strona zespołu POWIEKI na portalu myspace: http://www.myspace.com/powieki
A na zachętę zostawiam wam "Algorytm lotu", nie mniej ciekawa kompozycja, która spokojnie mogłaby rywalizować z większością polskiej sceny rockowej.
Dlatego, nie zrażajcie się na koncertach tym, że jest zbyt głośno lub image sceniczny nie odpowiada wam! Często możecie w ten sposób przegapić bardzo fajnych wykonawców, którzy choć nie sprzedają miliardów płyt, to są ciekawymi elementami sceny muzycznej. Jak choćby Powieki czy Uda. Całość koncertu oceniam na 8 w mojej 10 stopniowej skali N. Brawo i oby tak dalej. Z pełną świadomością skutków, zapraszam was więc na kolejne koncerty w Kawiarni Naukowej.

Czas i na obiecywaną kolejną płytę, tym razem nieco olejną.
Dlaczego olejną i kto stworzył dzisiejszy temat? Zespół RAZ DWA TRZY i jego nowa płyta "Skąd dokąd" zrobiły na Niezależnym spore wrażenie. Ba możliwe że będzie to najlepsza płyta pierwszego kwartału tego roku. Złośliwi powiedzą, że nasłuchałem się Trójki, i dlatego z takim entuzjazmem opiszę płytę. Prawda jest taka, że choć wspomniana stacja przesadzała z puszczaniem utworu "Dalej niż sięga myśl", to jednak opinię na temat materiału wyrobiłem sobie sam.
Płyta kompozycyjnie oleista. Dlaczego? Ci którzy znają twórczość zespołu wiedzą, że dominują w jego muzyce nuty i dźwięki niskie, które brzmią tak, jakby poruszały się w bardzo upalnym powietrzu po świeżo wylanym asfalcie. Taki urok zespołu. Nowa płyta oferuje nam 11 utworów, kompozycyjnie wspierających się nawzajem. Nie będę rozpisywał się na temat wszystkich, ocenię te które spodobały mi się najbardziej.
Największe wrażenie zrobił na mnie utwór "Już" utrzymany w konwencji lekko nawiązującej do reggae. Przyjemny i mało agresywny tekst idealnie komponuje się z stonowaną grą gitar.
Utwór numer dwa na liście, to na pewno "Oto papieros w dłoni", który chętnie umieścił bym w soundtracku z filmu "Kawa i Papierosy". Majstersztyk w tekście, jak i aranżacji muzycznej. Niby wszystko o niczym, a jednak robi wrażenie.
Brawo.
I wreszcie numer trzy- "Zgodnie z planem" piosenka, która pomimo że znajduje się na trzecim miejscu mojej listy, powinna być traktowana jako najlepsza w całym zestawieniu. Muzycznie dopasowuje się ona do każdego nastroju, co sprawdziłem na sobie. Polecam szczególnie tym, którzy zmęczeni, chcą wypocząć i zrelaksować się po ciężkim dniu pracy.
Czas na ocenę ogólną płyty:
W skali 1/10 N "Skąd dokąd" otrzymuje kolejno:
Muzyka ...............................N N N N N N N N N N
Teksty..................................N N N N N N N N N N
Cena......................................N N N N N N N N N N
Okładka.................................N N N N N N N N N N
Ogółem..................................N N N N N N N N N N
Jednym słowem...

Z muzycznym poważaniem :) Niezależny Recenzent Miejski
piątek, 26 lutego 2010
Mikirurka - Face 2 Face
Nie było okazji by wczoraj napisać cokolwiek słusznego. Zwalę winę na biometr i uśmiechnę się pod nosem.
Za to- pojawił się słuszny temat do recenzji. Koncert. Nie byle gdzie i nie byle jaki.
Czasami bywa tak, że dzięki portalom społecznościowym dowiadujemy się o wielu interesujących wydarzeniach. Np. myspace, to dobra przestrzeń reklamowa. Niestety nie odwiedzam go zbyt często i może właśnie przez to przegapiam wiele ciekawych wydarzeń:(. Na szczęście, dostaje powiadomienia o tych najciekawszych, jak choćby o wczorajszym koncercie w Krakowskim klubie Face 2 Face.
Zanim jednak przejdę do gwiazdy wieczoru, napiszę parę słów o lokacji.
Klub usytuowany w "ciemnej" lokalizacji (tj. mało lamp i co tu dużo pisać, trochę na uboczu) ul Paulińskiej (Kazimierz), wita nas nie wielkim, krzykliwym szyldem czy rozświetlonym oknem, a szarymi metalowymi drzwiami. Trzeba więc uważać by nie przegapić. Po wejściu na lewo szatnia i coś jeszcze (dla tych szukających i czasem znajdujących), na wprost bar nr 1. Trochę z boku WC a dalej... dalej scena i spora sala przed nią.
Wystrój klubu- nijaki. Ot ciemne ściany, podłogi "krakowskie" i sporo karykatur twarzy z podpisami "Face 2 face". Oryginalne oświetlenie i dla mnie absolutna perełka- glazura. Kafelki, ścielą się gęsto na podłogach (odpowiednio już zaśmieconych i zadeptanych) i na ścianach, (przypalanych i wytartych). Kafelki, wyżej ustępują miejsca wspomnianym ciemnym ścianom, przechodzącym gdzieś tam wysoko w ciemny sufit. Ale żeby nie było- w klubie nie jest ordynarnie, brudno czy flejtuchowato- zabrudzenia nabrały tam, artystycznego klimatu, i szczerze (bez ironii) nadają knajpie niesamowity styl. Ot takie połączenie rzeźni ze sztuką. Czad. Kto nie widział niech biegnie i patrzy, bo warto- można spędzić tam miło czas- zapewniam.
Czas umili dodatkowo koncert, choćby taki jak wczoraj, kiedy to na scenie (nie małej, nie dużej- ot w sam raz) pojawił się zespół MIKIRURKA. Zespół poznać mogliście w jednej z audycji NRM. Muzykę prezentowałem tak w audycjach jak i na blogu, ale by recenzji dane było poruszyć wszystkie kwestie, trzeba mi pisać. A jest o czym. Koncert rozpoczął się w przybliżeniu o 20.30 i trwał nieprzerwanie do 22 (cisza nocna). Podobno miało być ponad 20 utworów- nie liczyłem, dla mnie i tak było mało. Stare, dobrze znane fanom, hity ("Dead Hero or Living Coward?", "But Mine") przeplatał co i rusz materiał z nowej płyty, która mam nadzieję, już niebawem. Sala była pełna ale udało mi się, w koszulce z logiem zespołu, wysforować na czoło peletonu, i w ścisłym sąsiedztwie sceny- słuchałem, tańczyłem i bawiłem się przednie.

Jak koncert oceniali inni?
>Warszawski jest niesamowity, a do tego taki niepozorny! Jest unikalny!
>Wujek Drut ciął dziś srogo. Dał czadu.
>Kolejny fantastyczny występ i kolejny dobrze spędzony wieczór.
Jak koncert ocenię ja?
Jeśli szukacie takiej muzyki, która niesie ze sobą przekaz- nie tylko w warstwie tekstowej ale także muzycznej- szukajcie i czekajcie na kolejne występy ekipy Mikirurka. Osobiście znalazłem natchnienie do recenzji w grze gitarowej. Kolejne frazy grane przez chłopaków wpadały do mojego ucha, unosiły głowę gdzieś daleko ponad podłogę i wylatując drugim uchem otaczały moje ciało, zmuszając do ruchu. To właśnie taka muzyka- taka, która brzmi najlepiej na koncercie, gdy świeża, gorąca i pachnąca palonymi bezpiecznikami bezpośrednio trafia do duszy. A do tego, gdy atmosfera tworzy się nie tylko dzięki muzyce, ale przede wszystkim ogromnej charyzmie wykonawców- sukces przychodzi sam. Występ był też premierą nowego wzoru koszulek zespołu, które możecie kupić poprzez myspace, czy na koncertach- polecam, bo wyglądają świetnie, zresztą i stary wzór (poprzedni- stary będzie za 10 lat), jest w swojej prostocie genialny.
A dla tych, którzy jeszcze nie znają muzyki zespołu... prosto z naszego ulubionego serwisu...
Pozdrawiam
(Samozwańczy) Niezależny Recenzent Miejski
czwartek, 12 listopada 2009
OFF TOP - Ład dysharmonii
Minął już ponad dzień, od koncertu, który powinien, a nie wiem czy aby napewno poruszył muzyczną świadomością mieszkańców miasta Krakowa.
Co takiego działo się na tym koncercie, że postanowiłem o tym napisać, i co najważniejsze, co to był za koncert?
W ubiegły wtorek na deskach klubu Zaścianek, podczas festiwalu dachoofka, wystąpiły dwa jakże różne zespoły, które, co tu dużo pisać- nie pasowały do siebie nijak.
Najpierw swoją muzyką uraczył nas PER-WERS. Niby nic nadzwyczajnego, ale nadal cieszy moje studenckie ucho. Kupa zabawnych tekstów i muzyka łącząca elementy ska i punk, to wizytówka zespołu, która miała i co najważniejsze wprawiła w dobry nastrój publiczność zgromadzoną w murach klubu Z.
Tylko, że support porwał się z motyką na słońce, bo nie mógł przygotować w żaden sposób słuchacza na to co nastąpiło później a co będzie meritum tej krótkiej acz mam nadzieję trafnej recenzji.
Potem było już tylko dziwniej i straszniej. Lepiej i mocniej a tak naprawdę genialnie.
Zapowiadana gwiazda wieczoru - zespół Orange The Juice, weszła na scenę ni to bokiem ni to tyłem. Ot nagle juz tam byli, a saksofon wypluwał ze swych złotych czeluści, coraz to bardziej skomplikowane dźwięki- by wreszcie wraz z innymi instrumentami rozbrzmieć z pełną energią i gracją. Kto tego nie słyszał i nie zna zespołu, o którym piszę, musi wyobrazić sobie taką sytuację, gdy oto w pomieszczeniu znajduje się 10 odtwarzaczy kolejno wyrzucających z siebie serię muzycznych kompozycji w losowej kolejności. Kompozycji jazzowych, metalowych czy ska. I co najlepsze w tej dysharmonii wyraźnie czułć się ład i opanowanie.
Nie wiadomo było gdzie patrzeć. Kiedy zespół rozpoczął koncert, wydawało się, że oto scena zaczyna płonąć, zapadać się w szaleństwie i strachu, by za chwilę zgubić się w powadze i determinacji do tego by przekazać słuchaczowi jakąś tajemną prawdę, o której wiedzą tylko oni... Zdawało by się, że uczyniono wszystko po to by odwrócić naszą uwagę od muzyki. Instrumentaliści, zmieniający swoje instrumenty, na zupełnie inne, błyski światła odbite w złotej sekcji czy przyprawiające o dreszcz pozy wokalisty to jedno, ale atmosfera, jaka temu towarzyszy to zupełnie co innego.
Pozostaje tylko podsumować. Nie muzycznie, bo o muzyce ciężko co kolwiek napisać. Show, jakiego mogli doświadczyć we wtorek szczęśliwi będący w klubie Zaścianek, nie zdarza się co dzień. Na palcach jednej ręki można w zasadzie policzyć zespoły o tak wielkiej charyźmie jak ten, który tu opisuję. Większość z nich występowała na dorocznym festiwalu Sacrum Profanum, czego chłopakom z OTJ gorąco życzę.
I jedno co bolało najbardziej. Cieszył fakt, że klub zapełnił się, i ludzie autentycznie słuchali tego co chciał wykrzyczeć, wyszeptać, czy choć powiedzieć wokalista zespołu OTJ. Ale tak naprawdę, to klub podczas tego koncertu winien pękać w szwach. Słuchacze mogliby wisieć na kratach, siedzieć w kiblu i stać za barem, zajmując każdą wolną przestrzeń, byleby tylko posłuchać tego występu.
A jednak wolne miejsca pozostawały na sali.
Szkoda. Dzięki takim występom, człowiek na nowo odkrywa w jaki sposób słuchać muzyki.
Niezależny (samozwańczy) Recenzent Miejski
czwartek, 22 października 2009
OFFTOP - 3 Kluski Śląskie i Południca! zagrają charytatywnie - wieczór drugi cyklu "Koncerty dla Uli" w Cafe Szafe - już 23 października!!!
Oto kilka dni temu dostałem zaproszenie i list od pana Tomasza Tomaszewskiego.
Aby jak najlepiej przekazać wam zawartą w nim treść, po prostu go zacytuję.
"23 października, piątek, g. 20.00
Urszula Selaszuk jest tegoroczną absolwentką pedagogiki ze specjalizacją poradnictwo na Uniwersytecie Wrocławskim. Na stwardnienie rozsiane (SM) zachorowała kilka lat temu, w klasie maturalnej.
Jej marzeniem zawsze było pomaganie innym i do tego celu, pomimo przeszkód jakie stawia jej ciężka choroba, konsekwentnie dąży.
Dzięki kuracji nowoczesnym lekiem udało się zatrzymać postępy choroby, Ula znów może normalnie chodzić i mówić. Jej leczenie jest niestety niezwykle kosztowne – do tej pory, dzięki ogromnemu wysiłkowi rodziny Uli oraz ludzi dobrej woli od ponad roku udaje się finansować comiesięczny wydatek 8 tys. zł, którego refundacja ze środków publicznych niestety nie jest możliwa. Skuteczne opóźnianie postępów SM wymaga nieprzerwanej terapii.
Cykl charytatywnych koncertów w Café Szafé ma pomóc w finansowaniu jej leczenia. Tym razem dla Uli zagrają dwa smakowite zespoły: 3 kluski oraz Południca."
Jeśli czujesz, że chcesz i możesz pomóc Uli oto i numer konta, na którym gromadzone są środki potrzebne na leczenie.
Subkonto Uli w Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Ochrony Zdrowia
Bank Pekao SA I Oddział we Wrocławiu
Nr 79 1240 1994 1111 0010 1861 8795
z dopiskiem: na cele ochrony zdrowia „Selaszuk”

